www.remuszko.pl Czarnobyl

Jak to z Czarnobylem było

W maju 1986 roku polskie dzieci grając w chowanego recytowały nową wyliczankę: Baju, baju, dylu, dylu, coś wybuchło w Czarnobylu. Jest to bomba atomowa Michaiła Gorbaczowa. Raz, dwa, trzy, kryjesz ty...

Niestety, zabawę w chowanego, polegającą na ukrywaniu przed społeczeństwem wiadomości o grożącym milionom ludzi śmiertelnym niebezpieczeństwie, uprawiały wówczas - jak najbardziej serio - władze Związku Radzieckiego i jego wasali, w tym najwyższe kierownictwo PRL. Wskutek katastrofy czarnobylskiej elektrowni "bezpośrednio" zginęło kilkadziesiąt osób. Prawdopodobnie kilkaset zmarło w ciągu kilku następnych lat. Tysiące (niektórzy mówią nawet o dziesiątkach tysięcy) chorują do dziś. Dokładnej liczby ofiar - obywateli dzisiejszej Ukrainy i Białorusi - nikt nie zna. To, że ta straszna tragedia praktycznie ominęła Polskę, graniczy z cudem. Tym bardziej, że zawinili ludzie służbowo odpowiedzialni za radiologiczną ochronę naszego kraju. Ludzie ci do dziś nie ponieśli za to żadnej odpowiedzialności.

Oto gołe fakty. Wybuch w Czarnobylu nastąpił w sobotę 26 kwietnia 1986 o godzinie 1.23. Pierwsza fala skażonego powietrza napłynęła nad Polskę w nocy z niedzieli 27 na poniedziałek 28 kwietnia. Przypomnijmy, co dwa tygodnie później mówił o tym ówczesny kierownik Zakładu Higieny Radiacyjnej w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej (CLOR) profesor doktor habilitowany Zbigniew Jaworowski w wywiadzie dla "Życia Warszawy":

Rano w poniedziałek 28 kwietnia, gdy przyszliśmy do pracy, znaleźliśmy w teleksie wydruki informujące o gwałtownym wzroście skażeń. Część stacji pracujących w nocy, po stwierdzeniu, jaki jest poziom skażenia, przeszła od razu z systemu pomiarów normalnych na awaryjny. W tym reżimie robi się pomiary nie co dobę czy co kilka dni, tylko co dwie godziny. Tak więc za okres od godzin wieczornych w niedzielę do rana w poniedziałek myśmy już mieli dokładną informację o tym, jak skażenie powietrza narastało i narasta.

W dużym artykule, zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" 21 lipca 1991 roku ten sam profesor Jaworowski pisał:

Poszedłem do dyrektora CLOR Tadeusza Rzymkowskiego i powiedziałem, że o sytuacji musi zostać poinformowany rząd, trzeba więc natychmiast zawiadomić prezesa Państwowej Agencji Atomistyki dr. Mieczysława Sowińskiego. "Ja nie będę nikogo zawiadamiał, jak chcesz, to dzwoń sobie sam" - padła zdumiewająca odpowiedź. W tym dniu dyrektora CLOR już nie widziałem. Zadzwoniłem do PAA, gdzie powiedziano mi, że prezes oprowadza wycieczkę Forum Młodego Pokolenia PRON po reaktorze "Ewa" w Świerku. Dopiero o godzinie 12 udało mi się wywołać go z reaktora. "We wschodniej i północnej części kraju i w Warszawie jest ogromne skażenie radioaktywne atmosfery i terenu - powiedziałem. - Może to być wybuch broni jądrowej, wypadek, sabotaż, wojna albo awaria reaktora (podkr. - SR). Myślę, że powinien pan natychmiast zawiadomić rząd". "Kontynuujcie pomiary i niech pan mnie informuje o wynikach" - odpowiedział.

Co w tym stanie rzeczy robi profesor Jaworowski - człowiek uczony i dorosły, specjalnie kształcony w reagowaniu na kataklizmy i świadomy śmiertelnego zagrożenia (...wybuch jądrowy, wojna, sabotaż, awaria reaktora...), które zawisło nad jego Ojczyzną? Nic. Jak to nic? Ano tak. Oto dalszy ciąg profesorskiej relacji: (Jednak tego dnia) Dalszy kontakt z prezesem Sowińskim okazał się niemożliwy. Nie było go już w Świerku, ani w PAA, ani w domu. Wiedziałem, że muszę zawiadomić premiera, ale nie było to łatwe. W jaki sposób bezpartyjny obywatel mógł dotrzeć do komunistycznego premiera? Jedyne "dojście" miałem przez sekretarza naukowego PAN, prof. Zdzisława Kaczmarka. Dopiero około pół do szóstej po południu udało mi się z nim skontaktować. Rozmowa była krótka. Profesor powiedział: natychmiast zawiadamiam premiera Messnera.

Tak zatem rząd został powiadomiony o sprawie w poniedziałek około godziny l8, zamiast o (przynajmniej) 6 godzin wcześniej. Zmniejszyło to praktycznie do zera szanse na podjęcie jeszcze tego samego dnia skutecznej ogólnopolskiej akcji informacyjno-ostrzegawczej. O radioaktywnym niebezpieczeństwie Polacy dowiedzieli się z pełnego eufemizmów komunikatu, który - zamiast w poniedziałek po południu - został ogłoszony przez radio we wtorek około 10 rano i dotarł do wiadomości rodaków praktycznie dopiero we wtorek po południu, gdy organizmy milionów ludzi (w tym noworodków, małych dzieci i ciężarnych kobiet) wchłonęły już bez żadnej ochrony dawkę, której można było uniknąć. Bezpowrotnie stracono całą dobę!

Na szczęście okazało się - ale dopiero po kilku dniach - że pierwsze oceny zagrożenia były przesadzone. Z kolei badania epidemiologiczne dowiodły - ale dopiero po kilku latach - że wchłonięta przez statystycznego obywatela ilość promieniotwórczych nuklidów szczęśliwie nie spowodowała znaczącego wzrostu zachorowań polskiej ludności. Jednak tego wszystkiego w trakcie upływających dramatycznych godzin NIKT NIE WIEDZIAŁ. Wręcz przeciwnie: obawiano się najgorszego. I jednocześnie w ciągu tych samych pierwszych kilkunastu godzin - nic się nie działo!

Jak konkluduje sławny raport tzw. Komisji Wierusza, powołanej w 1990 roku przez nowego prezesa PAA dla zbadania przebiegu wydarzeń bezpośrednio po czarnobylskiej katastrofie: W poniedziałek 28 kwietnia 1986 od godzin porannych do godziny 19.00 Państwowa Agencja Atomistyki NIE FUNKCJONOWAŁA (podkr. S.R.)... Wbrew ustawowemu obowiązkowi nie zawiadomiono ani MSW, ani MON, ani lokalnych organów administracji państwowej... Nie zadziałały istniejące mechanizmy ochrony środowiska przed nadzwyczajnymi zagrożeniami. Nie zadziałały, bo nie przekazano informacji potrzebnych do ich uruchomienia...

Art. 144 ówczesnego kodeksu karnego głosił: Kto, wbrew szczególnemu obowiązkowi, nie przedsiębierze działania mającego na celu zapobieżenie niebezpieczeństwu powszechnemu dla życia lub zdrowia ludzkiego, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat. Z tego, co wiem, żadnej karnej, ani w ogóle żadnej prawnej odpowiedzialności za swą postawę w tamten feralny poniedziałek nie poniosło zarówno ówczesne kierownictwo Państwowej Agencji Atomistyki (Mieczysław Sowiński - PZPR i Andrzej Rodowicz - PZPR), jak i szefowie Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej (Tadeusz Rzymkowski - PZPR, Stanisław Rabiej - PZPR i Wacław Dąbek - bezpartyjny). Konkretni, żywi, niestety mali ludzie, którzy po prostu (tchórzostwo? tumiwisizm? ignorancja?) nie zrobili tego, co do nich należało.

Co się zaś tyczy cytowanego profesora Zbigniewa Jaworowskiego - funkcjonariusza CELOR-u - to czemu, wbrew obowiązującym go przepisom (zdrowego rozsądku nie wspominając), nie zawiadomił on - cytuję raport Wierusza - MSW, ani MON, ani lokalnych organów administracji państwowej? Dlaczego nawet nie usiłował zadzwonić do czuwających całą dobę (w PRL też!) oficerów dyżurnych obu tych resortów, do komend głównych milicji czy straży pożarnej, do szefostwa obrony cywilnej, do głównej inspekcji sanitarnej, do kogokolwiek? Dlaczego musiał być premier albo nikt? Nie wiadomo...

Gdy zaś profesor beztrosko pyta: W jaki sposób bezpartyjny obywatel mógł dotrzeć do komunistycznego premiera? - to chętnie Panu podpowiem, Panie Profesorze. Skoro dobrze zdawał Pan sobie sprawę - i to jako jedyny człowiek w Polsce! - że krajowi grozi wybuch broni jądrowej albo wojna, powinien Pan, jako patriota, bezzwłocznie zadzwonić pod numer 28-44-71 lub 28-90-01 (Urząd Rady Ministrów) lub 28-70-01 albo 29-40-31 (Kancelaria Rady Państwa), lub wreszcie 21-03-41 (KC PZPR), i poprosić o połączenie z sekretariatem premiera Messnera, przewodniczącego Jaruzelskiego lub I sekretarza Jaruzelskiego. Wszystkie te numery znajdowały się w zwykłej książce telefonicznej, ja zaś mogę Czytelników zapewnić, iż bez żadnych przeszkód profesor zostałby natychmiast z każdym sekretariatem połączony. Istnieli również wicepremierzy, wiceprzewodniczący Rady Państwa oraz inni członkowie Politbiura, nie licząc szeregowych ministrów czy sekretarzy.

I gdyby profesor Jaworowski, odłożywszy na bok wszystko inne, zaangażowawszy współpracowników, próbował dotrzeć do któregoś z ważnych decydentów - zaręczam, że udałoby mu się to (nie wprost, lecz krok po kroku) w ciągu paru kwadransów. Jednak takich działań nie podjął. Tym samym nieodwracalnie przepadło 6 kluczowych godzin, a w konsekwencji - cała doba. O tym wszakże w odnośnych publikacjach (także: "Wiedza i Życie" nr 5/96) brak najmniejszej wzmianki.

Ale załóżmy na koniec, że się mylę, i że - mimo wysiłków - nie udało się zawiadomić nikogo z ówczesnych VIP-ów, alarmujące zaś informacje przekazane dyżurnym funkcjonariuszom odpowiednich służb do niczego nie doprowadziły. Wtedy profesor Jaworowski mógłby z czystym sumieniem powiedzieć: próbowałem, starałem się, ale nie wyszło.

Niestety, było inaczej.

Prof. dr hab. Zbigniew Jaworowski piastuje do dziś stanowisko przewodniczącego Rady Naukowej Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej. (IV '2006)

Stanisław Remuszko

Odwiedzono 3840 razy