www.remuszko.pl Czterdzieści lat później

Mój marzec 1968

Dziś, w niedzielę 17 lutego 2008, w samo południe, zainspirowany dawno odłożonym artykułem Bohdana Urbankowskiego "Marzec, czyli lekcja demokracji" ("Gazeta Polska", 24.10.07), postanowiłem z okazji zbliżającej się 40 rocznicy tzw. wydarzeń marcowych spisać to, co pamiętam.

Najpierw zupełnie z głowy.

W marcu 1968 roku dopiero co skończyłem 20 lat i byłem studentem pierwszego roku astronomii na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego (nr albumu 65660). Naprzód pamiętam zebranie w Sali Dużej Doświadczalnej Instytutu Fizyki na Hożej 69. Na niezwykłym dwupoziomowym parterze mieszkali tam państwo Sołtanowie, legenda twardego antykomunizmu; jako student byłem w jednej grupie z Jędrkiem* (obecnie profesor astrofizyki w CAMK; czasami zjawiali się tam jego starsi bracia - Adam i Wojtek). Na to zebranie przyszło dobrze ponad sto osób, a głównym tematem dyskusji była kwestia strajku solidarnościowego (forma, termin, miejsce i czy w ogóle), poprzez który mieliśmy zaprotestować przeciwko relegowaniu jakiejś dwójki nieznanych studentów (Michnik i Szlajfer, ale wówczas równie dobrze mogli się nazywać Kowalski i Wiśniewski), oraz zdjęciu z afisza mickiewiczowskich "Dziadów". Dlaczego tych studentów relegowano oraz dlaczego "Dziady" zostały zdjęte - nie bardzo wiedziałem, ale mi się to nie podobało. Nasi półbogowie lali wodę na nasze rozpalone głowy, namawiali nas do pomiarkowania (zdaje mi się, że taki moderacyjny głos zabrali wówczas prof. prof. Pniewski i Skaliński, a także doc. doc. Wróblewski i Zakrzewski - ale nie przysięgnę). Wtedy to właśnie przyłożyłem do późniejszego strajku swoją rękę - mniej więcej tak, jak Franek Dolas wywołał II wojnę światową. Mianowicie w pewnej chwili, gdy argumenty za i przeciw strajkowi zaczęły się powtarzać, wstałem i spytałem, czy podobne zebrania odbywają się teraz na innych wydziałach. Organizatorzy odparli, że tak, a ja zgłosiłem wniosek formalny o zamknięcie dyskusji i przegłosowanie sprawy strajku. Mój wniosek został demokratycznie przyjęty, następnie zaś tak samo demokratycznie przegłosowano, że strajk ma być.

Nazajutrz (?) w Aditorium Maximum, lub w jednej z sal przyległych, odbył się ogólnouniwersytecki wiec, chyba przybyła też delegacja Polibudy, i pamiętam, że poczułem się trochę rozczarowany (może nawet oszukany?), ponieważ oznajmiono, że Wydział Fizyki złożył wniosek o ogłoszenie strajku, i nic, ale to absolutnie nic nie powiedziano o żadnym stanowisku w tej sprawie innych wydziałów. Pamiętam, że w imieniu organizatorów przemawiała dziewczyna, i zdaje mi się, że to była ta sama dziewczyna, która 8 marca wyszła na balkon Pałacu Kazimierzowskiego w składzie paroosobowej delegacji studenckiej negocjującej coś tam z prorektorem Zygmuntem Rybickim (rektorem, Bohdanie, był wtedy Stanisław Turski).

Jeśli prawdziwa byłaby taka kolejność zdarzeń, to powinienem naprzód powiedzieć o tym ósmym marca. Tego dnia mieliśmy wojsko (sławne Studium Wojskowe UW, róg Czerniakowskiej i Szwoleżerów), i ja z tego wojska nawiałem, i pod Pałacem Kazimierzowskim stawiłem się w samo południe, w mundurze, w długim płaszczu z podchorążackimi naszywkami i raportówką. Zebrało się małe kilkaset osób (coś koło 200-300?), były jakieś mowy, zdaje się, że zaśpiewaliśmy "Jeszcze Polska", z balkonu przemówił prorektor Rybicki i też ktoś z naszej delegacji, może właśnie ta dziewczyna. Gdy tak staliśmy i co pewien czas krzyczeliśmy, nagle ktoś rzucił: "Studenci kucają, studenci kucają!". Odruchowo kucnąłem, i wtedy niespodzianie ujrzeliśmy kilkudziesięciu Na Pewno Nie Studentów (dorosłych mężczyzn po cywilnemu), którzy przez chwilę wystawali niczym kołki z przykucniętego tłumu, ale po paru sekundach sami też kucnęli. Takiego widoku się nie zapomina!

Po niespełna godzinie, a może i wcześniej, zaczęliśmy się rozchodzić, słyszałem nieprzyjazne prowokacyjne odzywki tych cywilów (ale nie: "studenci do nauki!", raczej: "łomot takim nierobom spuścić!", tylko wulgarniejsze), i, idąc jakby od strony BUW, nie wiem czemu zapamiętałem dokładnie, że po prawej stronie drogi wjazdowej stają autokary beżowe marki SAN, i z nich wysypują się grupy ludzi w fufajkach; widok dość osobliwy w tym miejscu. Właśnie mniej więcej na tej wysokości zawisła potem (1990?) bronzowa tablica z norwidowskim cytatem: "Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały..." (najzupełniejszym przypadkiem przechodziłem akurat tamtędy zaraz po wmurowaniu, przy murku stało wiadro z betonem i kielnią, chyba każdy mógł maznąć tą kielnią, więc maznąłem jako żywy świadek "okoliczności" sprzed 22 lat, i ta moja betonowa pacynka pewnie tkwi tam do dzisiaj).

8 marca 1968 roku koło godziny 13:00 przy wyjściu z terenu UW nikt mnie nie zaczepiał, nie było widać żadnej milicji, spokojnie wsiadłem w "144" i dojechałem do rodzinnego domu na Puławskiej, a o milicyjnej szarży i pałowaniu studenckiej braci dowiedziałem się dopiero następnego dnia, i chyba jakoś potem odbyły się zebrania, od których zacząłem niniejszą wspomnieniową relację.

Ze strajku pamiętam przede wszystkim, że nażarłem się szynki jak dotąd chyba nigdy w życiu. Kuta brama od Krakowskiego była zamknięta, i przez nią dziesiątki ludzi podawały nam (należałem do jakieś straży porządkowej) torby z wykwintną żywnością, na pewno była tam szynka, czekolada, pomarańcze i może nawet banany (ale skąd nad Wisłą pomarańcze i banany w marcu 1968? na szczęście nie staliśmy się od tego "bananową młodzieżą"), i nosiliśmy te torby do Aditorium Maximum, i wykładaliśmy jak leci na tym długim stole, i zrobiło się tego tak dużo, że po prostu za dużo, aby zjeść, i wraz z kolegami patrzyliśmy smętnie na tę szynkę, bo nam już się nie mieściła; po strajku parę kanapek z szynką chyba nawet przyniosłem do domu.

Na tym strajku czuliśmy się bardzo słusznymi obrońcami sprawy Wolności i Demokracji, i trochę nawet bohaterami, bo te babcie przy bramie błogosławiły nas, a dziadkowie mówili, że są z nas dumni i żebyśmy się trzymali. Dziś myślę, że te babcie i dziadki to byli po prostu co najwyżej czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, ale cóż, tak postrzega świat dwudziestolatek. Sam wówczas w ogóle nie piłem jeszcze alkoholu i pewnie również dlatego pamiętam, że przez całą noc nie ujrzałem nikogo na bańce (kojarzy się natychmiast "Człowiek z żelaza" - dwanaście lat później...). Co robiliśmy? Dyskutowaliśmy. Rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym, czyli o Życiu. Czuliśmy się w środku niezwykłej przygody - ale bez żadnej świadomości jakiegoś historycznego momentu. Trochę śpiewaliśmy, trochę słuchaliśmy muzyki - paru kolegów przytargało w plecakach "Tonetki" czy może nawet "Bambino", inni przynieśli gitary. Prawie wszyscy palili bardzo dużo papierosów. Kto już miał dosyć aktywności - kimał w kącie z plecakiem pod głową.

Kim byli organizatorzy strajku ("samozwańczy prowodyrzy studentów-warchochłów") - nie wiem. Wszystko wydawało się jakieś takie naturalne i spontaniczne. Tak jak rezolucje, których wydaliśmy przynajmniej kilka, a gdy dla rozluźnienia nastroju ogłoszono jakiś satyryczny konkurs - wygrała zgrabna porada: "Chcesz obfite mieć polucje - czytaj nasze rezolucje!".

Te rezolucje, notabene, przepisane na maszynie i ciasno zwinięte, wrzucaliśmy potem jako ulotki do przejeżdżających Krakowskim autobusów. Dziś bym pewno spadł na pysk, ale wówczas ze zręcznością małpy wdrapywaliśmy się na zamkniętą bramę, złaziliśmy po drugiej stronie, potem dwa susy do jezdni, wrzut kilku ulotek do ruszających z przystanku "Jelczów", i szybki powrót tą samą drogą. Należało się bać, bo "milicja cały czas fotografuje!". Odnoszę wrażenie, że na szczycie bramy głównej nie było tylu ozdobnych esów floresów co dziś; że byłem w szarozielonym swetrze; że autobusy miały numery "144", także chyba "125" i "100", a karteczki wrzucałem przez górne odsunięte szybki; czemu człowiek zapamiętywuje takie duperele? Obok, pod samym dachem gmachu Geografii, koledzy-akrobaci wymalowali farbą wielkie (i potem słynne) PRASA KŁAMIE, i oczyma duszy widzę jeszcze gdzieś slogan: "Czytajcie >Misia<, on jeszcze nie kłamie!", ale chyba nie był wymalowany, bo za długi.

A teraz zajrzę na antresolę i wyciągnę z archiwum nie otwieraną przez 40 lat teczkę z napisem "1968". Nie ruszyła jej nawet bezpieka podczas rewizji w naszym domu w lipcu 1984. Albo inaczej: na piątą Agnieszka i ja jesteśmy zaproszeni na podwieczorek do Misi i Maćka Iłowieckich, więc wezmę tę teczkę ze sobą i otworzę u nich. Co tam jest???

(Następnego dnia:)

Znalazłem opaskę z wymalowanymi plakatówką literami "SP" (Straż Porządkowa), którą wtedy nosiłem na ramieniu, i teraz próbowałem ją założyć, ale okazało się - to straszne! - że nie przechodzi na grubość przez moje dzisiejsze przedramię!!! Oto to zdjęcie-blamaż, zrobione w naszym domu 18 lutego 2008.

Znalazłem także swoją fotkę z tamtego okresu, właśnie w tym szarozielonym swetrze. Wtedy moją dziewczyną była śliczna i zgrabna Jola Scholtz z Piastowa (nadal śliczna i zgrabna; jak ONE to robią?), i ona może potwierdzić, że ja to ja, choć całkiem niepodobny do tego czterdzieści lat później.

W tej archiwalnej teczce zaplątał się jeszcze mój wiersz, napisany wyraźnie "pod wpływem". Bohdan Urbankowski jest znanym i uznanym poetą, swoje wspomnienie w "GP" zakończył przytoczeniem własnego okazjonalnego utworu, więc i ja, z dokumentalistycznego nawyku, ośmielę się zacytować marcową produkcję młodego ideowego człowieka (czysta częstochowa, ale szczery autentyk):

Gdzieś na Krakowskim słychać wrzask
Mundurów sinych długi szereg
Rozwija ciasna tyralierę
Niesie się pałek mięki trzask
Gdzieś na Krakowskim słychać wrzask

A tam - słudenci. A tam - młódź.
Jaśnieje czapek białych krąg
I bladość zaciśniętych rąk
I nagle rozkaz: bij i młóć!
Onych studentów! Oną młódź!

Przechodnie stali na Krakowskim
Pięści w kieszeniach pochowali
Przez bramę kutą spoglądali
W "Życiu": mówili o Zambrowskim
Stali przechodnie na Krakowskim

Dalej jest duży granatowy kleks, a pod nim ostatnie wersy brzmią tak:

A my - nie chcemy rewolucji
A my - wolności, konstytucji!
Bracia, wszak nie jesteśmy sami
Niech żyje Polska, Polska z nami!

Pragnę też niepoprawnie podkreślić, iż w trakcie opisanych tu zdarzeń nigdy od nikogo nie słyszałem słowa "Żyd". Kwestia żydowska (cokolwiek by to miało znaczyć) była wtedy wśród studentów po prostu nieobecna. O tajemniczych syjonistach dowiedzieliśmy się później. Również wieści o rzekomym pobiciu przez milicję młodych kobiet ze skutkiem śmiertelnym - o czym w "GP" pan Antoni pisał bezkrytycznie, Bohdan zaś krytycznie - okazały się oczywistą plotką (kolportowaną wszakże ochoczo i ze zgrozą).

Coś mi się widzi, że mój marzec 1968 istotnie różni się od dzisiejszej oficjalnej wersji Marca '68 - no, ale na to nic nie poradzę. Ja w ogóle trochę inaczej pamiętam realia, w których przyszło mi spędzić pierwsze czterdzieści lat życia. Ponoć cały naród twardo przeciwstawiał się komunie i tylko nie wiadomo dlaczego - wobec tak masowego politycznego oporu oraz bez masowych mordów i masowych więzień - PRL przetrwała prawie pół wieku. Niestety, akurat w tej sprawie dzisiejsza "prasa kłamie" prawie jak w 1968 roku. Jak więc było w rzeczywistości? Młodym ludziom powiem krótko: było inaczej, niż to wam dziś dość powszechnie mówi się i pokazuje. Najlepiej spytać własnych rodziców i dziadków.

Oto mejl, jaki wysłałem niedawno do mieszkającego w Sztokholmie słynnego Tomasza Strzyżewskiego, który w latach siedemdziesiątych wywiózł z Polski osławioną "Czarną Księgę Cenzury PRL":

----- Original Message -----
From: Stanisław Remuszko
To: Tomasz Strzyżewski
Sent: Saturday, February 16, 2008 10:57 AM
Subject: Orgazmy w PRL

Drogi Tomku, cieszę się.
Kiedy myślisz zakończyć prace nad tym pomnikowym wydaniem "Czarnej Księgi"?
Polecony przez Ciebie wywiad o dziennikarstwie PRL przeczytałem. Nic szczególnego.
Ja w ogóle myślę sobie, że ta moda na absolutne negowanie społecznego życia w latach PRL - kiedyś minie i będzie normalność. Dziś nie można napisać wspomnienia o de maryni bez podkreślenia, że obcowało się z marynią pod presją otaczającej człowieka zewsząd komuszej totalitarnej rzeczywistości, i nawet orgazmy były mizerne, bo jakież inne mogły być w gospodarce planowej, pod batem cenzury i pałami ZOMO...
Mam prośbę do Cię: czy możesz przysłać mi cztery opakowania słodziku firmy "Hermestas", plastikowe niebieskie pudełeczka, w tym dwa okrągłe (walec o średnicy 3 cm i wysokości 8 cm) oraz dwa prostopadłościenne, mniej więcej jak pudełka zapałek tylko cieńsze (o wymiarach około 4x7x1 cm) ???
Wsadziłbyś do koperty bąblastej, i już. Myślę, że to kosztuje grosze, ale jeśli nie - to chętnie zapłacę co do jednego oere!!!
Serdeczności :-)
Staszek

*****

Po zakończeniu tej pisaniny zajrzałem do Wikipedii, i wychodzi na to, że mi się pomieszało, bo poprzez strajk okupacyjny chcieliśmy zaprotestować nie przeciw relegowaniu studentów, lecz przeciw ich pobiciu. Ale już nie będę poprawiał, tylko odeślę Czytelników do źródeł.

[*Weryfikacje porocznicowe: było jeszcze trochę inaczej. Jako nieuk i głąb, w 1968 roku repetowałem, Jędrek zaś kończył wtedy trzeci rok studiów. (11.03.08)]

Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem :-)

Stanisław Remuszko

*   *   *   *   *

Rozmowa z Ireną Lasotą, "Rzeczpospolita", 08.03.08
Artykuł Piotra Semki, "Rzeczpospolita", 08.03.08

13.03.08
1. Starszy pan już w ogóle mało czyta, ale dla Marca '68 - jako kawałka mojego młodego życia - zrobiłem wyjatek i przeczytałem ponad dwadzieścia rozmaitych tekstów w kilkunastu rozmaitych pismach. Do dwóch z nich podaję linki, gdyż mam je za szczególnie ważne ze względu na odniesienia aksjologiczne. Chodzi o wolność i pluralizm słowa i myśli.. Legendarna pani Irena Lasota oraz utalentowany pan Piotr Semka w swych wypowiedziach zwracają uwagę na próby "zawłaszczania" Marca przez jedną opcję (grupę ludzi), a ja w tym kontekście pragnę wyraziście przypuścić, iż zła tendencja do narzucania jedynie słusznej interpretacji jakichś wydarzeń dotyczy zapewne wszystkich miesięcy w roku, wszystkich tematów, wszystkich środowisk i wszystkich społeczeństw.
2. Postanowiłem w "Mój marzec 1968" zainwestować i przeznaczyć małe kilkadziesiąt złotych na tzw. link sponsorowany w sławnej firmie Google. Polega to na tym, że jeśli internauta wpisze do tej wyszukiwarki frazę - na przykład - "Marzec '68" albo "strajk studentów", wówczas z boku pokazuje mu się króciutka trzywierszowa "informacja a propos" wraz z linkiem do mojej strony, gdzie tekst wisi pierwszoplanowo. Przygotowałem trzy wersje takich zwięzłych notek, wszystkie niewinne jak łza dziewicy (tak mi się wydawało), aż tu nagle patrzymy z Żoną, że dwie wersje się wyświetlają na portalach, trzecia zaś nie. Spytana firma odpowiada, że owa trzecia notka jest "sprawdzana". Nic nie rozumiejąc, porównujemy je ze sobą, i jedyną różnicą okazuje się taki oto wers: "Żyd, Żydzi - słowa nieobecne"...
Zbiegiem okoliczności, mój Zięć pracuje w kalifornijskiej centrali Google, więc dzwonię doń i pytam, skąd ta oczywista antysemityzmowa fobia. Zięć dziwi się: Tu, w Ameryce, albo w guglach europejskich, nikomu do głowy by nie przyszło, żeby podejrzliwie patrzeć na słowo "Żyd" - tak samo jak na słowo "Niemiec", "Francuz", "Rosjanin" czy "Chińczyk". To musi byś jakaś specjalna specjalność kolegów z Google-Poland. Dzięki, teściu, poruszę tę kwestię na najbliższej naradzie.

Odwiedzono 2814 razy