www.remuszko.pl Notatnik

Przeciw esbeckim metodom

Zwolennikiem lustracji byłem "od zawsze". Pozostaję nim również w roku 2008 - mimo iż dochodzenie do prawdy po blisko dwudziestu latach od Okrągłego Stołu jest dziś o niebo trudniejsze. Lustracja - wyjaśnię młodym ludziom - ma z założenia dobry obywatelski cel: ujawnić wyborcom brzydkie czyny tych osób, które, po cichu donosząc na przyjaciół i znajomych, wysługiwały się niedemokratycznej władzy w niesuwerennym państwie, a teraz, w wolnej Polsce, pragną pełnić funkcje publiczne. Tylko tyle i aż tyle.

Lustracji szkodzą nie tylko jej zdeklarowani przeciwnicy (na mój rozum: zazwyczaj agenci bezpieki), lecz również jej fanatyczni zwolennicy, dla których dowodem współpracy jest sama deklaracja współpracy, sama rozmowa z funkcjonariuszem SB, a nawet sama tylko obietnica zachowania w sekrecie treści tej rozmowy.  Fanatyków nie obchodzi, czy delikwent faktycznie był tajnym informatorem tajnych służb PRL, czy też np. tylko tak został przez te służby nazwany. Donosił, zdradzał, kapował - czy nie? A cóż to za różnica...

Piszę te słowa, mocno poruszony kilkoma wydarzeniami z minionego roku. Oto we wszechwładnym internecie oraz w czołowych mediach pojawiły się doniesienia o rzekomym uwikłaniu we współpracę z peerelowską policją polityczną osób, które osobiście znam, cenię i szanuję. Przyjrzałem się bliżej tym, pożal się Boże, "sprawom", i widzę tylko krzywdę ludzi niewinnych. Wprawdzie redaktor Tadeusz Sznuk po dwóch latach wygrał właśnie swój proces z IPN, lecz o tym media, które przedtem go opluły, milczą jak zaklęte. W sieci krąży deklaracja "kontrwywiadowczej współpracy" niezłomnego członka KOR (nie podam nawet inicjałów), ale nikt nie przedstawił cienia cienia dowodu, że ta współpraca została kiedykolwiek w najmniejszym stopniu podjęta. Szczery Polak, sławny profesor Jan Miodek, bezpodstawnie oskarżony o agenturalność, musi od kilku miesięcy udowadniać wrocławskiemu sądowi, że nigdy nie był wielbłądem...

Ci, którzy im tę gębę przyprawili, mają w głębokiej pogardzie jeden z fundamentów naszej europejskiej kultury: zasadę domniemania niewinności. Konstytucja Rzeczpospolitej wyraża ją formalnie w artykule 42. (Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu), ale przecież zasada ta - jako ważny obyczaj - obejmuje wszystkie dziedziny społecznego życia. Podobnie jak reguła, że to autor zarzutu ma dowieść jego prawdziwości, nie zaś adresat jego fałszu.

Kim są sprawcy tych pomówień? Kto ponosi za nie główną moralną odpowiedzialność? Powiedzmy to jasno: nie autorzy humbugów sprzed kilkudziesięciu lat, i nie źródła w IPN (anonimowe i tchórzliwe), i nawet nie ci, którzy te kłamstwa ze smakiem i bez wstydu osobiście kolportują w towarzystwie. Główną odpowiedzialność ponoszą media, które - bez żadnej weryfikacji i bez wyrazistego dystansującego komentarza - rozpowszechniają wśród milionów odbiorców oskarżenia z wysokim prawdopodobieństwem fałszywe, a jeśli fałszywe, to na pewno strasznie krzywdzące Bogu ducha winnych ludzi.

Dla etycznego usprawiedliwienia tej dość obrzydliwej postawy dziennikarskiej podawane są zazwyczaj trzy argumenty: działamy w interesie społecznym, w ramach świętej wolności słowa oraz tylko cytujemy wieści podane przez inne medium. Owszem, to prawda, lecz nie prawda rzeczywista, zwykła i normalna, tylko - jak powiedziałby niezapomniany ksiądz Tischner - trzecia góralska prawda. Czyli gówno prawda. Krzywdzenie uczciwych obywateli nie leży w żadnym interesie społecznym. Od wolności słowa ważniejsza jest ludzka godność. Psim obowiązkiem każdego rzetelnego dziennikarza (rzetelnej redakcji) jest suwerenna ocena zarówno prawdziwości przytaczanych za kimś doniesień, jak i skutków ich bezkrytycznego rozpowszechniania.

Wszystko jedno, czy TVN powtarza za "Wyborczą","Trybuna" za "Gazetą Polską", "Nasz Dziennik" za Polskim Radiem, a "Rzeczpospolita" za "Dziennikiem" - czy na odwrót. Na dodatek konkretni redaktorzy, którzy te świństwa czynią, nie są bezdusznymi automatami, lecz dorosłymi świadomymi osobami, znanymi (przynajmniej w środowisku) z imienia i nazwiska, nawet jeśli podpisują się akronimem. Przykro rzec, ale - co do istoty sprawy - niezbyt różnią się swoim postępowaniem od esbeków, którzy niszczyli porządnych ludzi poprzez umiejętne rozpuszczanie szkalujących pogłosek.

Jestem już starszym panem, mam za sobą ponad 35 lat pismaczego życia, i jedyne nadzieje pokładam w żurnalistycznej młodzieży. Wierzę, że dla startującego zawodowo pokolenia Koleżanek i Kolegów po piórze, mikrofonie i kamerze - prawda i przyzwoitość mają, mimo wielu złych wzorców, większą rangę niż rozgłos, sensacja i pieniądze. (13.01.08)

Stanisław Remuszko

1. Instytut Pamięci Narodowej przeprasza pana Tadeusza Sznuka za naruszenie jego czci i dobrego imienia poprzez bezprawne pomówienie go o współpracę z organami bezpieczeństwa państwa. Biuletyn IPN, styczeń-luty 2009, str. 161 (sto sześćdziesiąta pierwsza), drobną czcionką na samym dole.

2. W kwietniu 2007 znany wrocławski reżyser Grzegorz Braun oskarżył publicznie profesora Jana Miodka, iż ten był “informatorem policji politycznej PRL”. Miodek zaprzeczył temu i pozwał Brauna do sądu. Po dwuletnim procesie o ochronę dobrego imienia, wygranym przez Miodka w Sądzie Okręgowym, a następnie w Sądzie Apelacyjnym, ostatecznie Sąd Najwyższy we wrześniu 2009 nakazał Braunowi zamieścić – na antenie Polskiego Radia oraz w “Gazecie Wyborczej” – przeprosiny za głoszenie nieprawdy oraz wpłacić 20 000 zł na cel charytatywny. O ile wiem, wyrok ten do dziś nie został przez Grzegorza Brauna wykonany (S.R., 31.12.09)

Odwiedzono 2714 razy