www.remuszko.pl Proces o Gazetę Wyborczą

Wstęp

Tytuł „Proces” jest nieco mylący. Tak naprawdę chodzi o ważny aspekt najnowszej historii Polski. Tej po Okrągłym Stole.

Owszem, niniejsza książeczka faktycznie relacjonuje dziesięcioletni - i całkowicie przemilczany przez media - sądowy proces z „Rzeczpospolitą” o wolność słowa (czytaj: o ochronę Agory, „Gazety Wyborczej” i Adama Michnika). Od warszawskiego Sądu Okręgowego po strasburski Trybunał Praw Człowieka. Ale to tło dla polityki!

Prócz mnie, szczegóły zna tylko pan mecenas Andrzej Herman. Zaciekawione będą zapewne dwa środowiska: dziennikarzy i prawników. Przedstawicieli tych elitarnych profesji jest nad Wisłą w sumie kilkadziesiąt tysięcy, i gdyby co dziesiąty adwokat lub sędzia wydał na ten tomik marną dychę, autor-rencista do końca życia nie miałby co robić z forsą. Mnie jednak interesują głównie ci, dla których sukcesywnie gromadziłem te materiały. Rzesze rodaków, którzy w dobrej wierze najpierw pokładali patriotyczne nadzieje w „Gazecie Wyborczej”, a potem spotkał ich zawód. Miliony szarych obywateli, które stały się przymusowymi konsumentami jadłospisu prasowo-radiowo-telewizyjnego kształtującego się od momentu, gdy Lech Wałęsa postanowił powierzyć redakcję nieistniejącego jeszcze dziennika Adamowi Michnikowi*.

Gdy piszę te słowa, Europę zalewają Obcy (to jest sedno), w Polsce zaś rośnie społeczne napięcie, symbolicznie rozpoczęte konfliktem wokół Trybunału Konstytucyjnego. Czy w tej bezprecedensowej złej sytuacji, i międzynarodowej i wewnętrznej, zwykłych ludzi mogą jeszcze obchodzić nieznane kulisy naszych świeżych dziejów? Czy to właściwy czas na serwowanie unikatowej medialno-sądowniczej wiedzy i zapraszanie do samodzielnej refleksji?

Boję się tej obojętności potencjalnych odbiorców, ale nie mam wyboru. Nigdzie się nie spieszę, lecz dobiegam siedemdziesiątki (za mną trzy zawały, dwa udary i bajpasy), wokół młodzi zdrowi sześćdziesięciolatkowie mrą jak muchy, i czuję, że jeżeli nie wydam tego dziś, to nie wydam nigdy. Nawet jeśli nikt nie przeczyta tego teraz, to będę spokojniejszy, gdy ta broszurka, opatrzona numerem ISBN, znajdzie się na ustawowej półce (tzw. egzemplarze obowiązkowe) w naszej Narodowej Książnicy.

O całej sprawie mam własne wyraziste zdanie, ale z szacunku dla Czytelników nigdzie go nie wyrażam wprost (nigdzie nie stawiam kropki nad „i”). Uważam, że zaprezentowana tu historia jest samowymowna, czyli opowiada się poprzez wierne cytaty z chronologicznie uporządkowanych dokumentów. Każdy w swoim rozumie i sumieniu może samodzielnie ocenić, kto ma rację, a kto jej nie ma. Oraz: kto chrypi, kręci i przemilcza, a kto mówi jasno czystym głosem.

Pominąłem zbędną część urzędowych zwrotów, formalizmy, powtórzenia oraz partie nieistotne. Większe skróty zaznaczam znakiem „(...)”. Komentarz zawsze jest typograficznie oddzielony od tekstu. Przy każdym dokumencie naprzód jest podana data (po dziennikarsku), potem sygnatura akt (po sądowemu). Tu i ówdzie można skorzystać z internetowej wyszukiwarki (skrupulatnie wstukać link). Zainteresowanym detalami, chętnie udostępnię pełne oryginały albo nawet wyślę papierowe kopie.

Gdyby ktoś potrzebował precyzyjniejszych wyjaśnień, gdyby dostrzegł jakiś błąd lub sam chciał coś dodać - proszę dzwonić (o chrześcijańskiej porze!) pod moje prywatne numery: (+22) 641-7190 lub 504-830-131 albo pisać: remuszko@gmail.com

Ciekawej lektury!

Stanisław Remuszko

-----------------------------------------------------------

* Pan Lech Kaczyński zawsze, nie wiedzieć czemu, traktował mnie bardzo życzliwie (zachowało się trochę zdjęć).. Gdy przed piętnastu laty został ministrem sprawiedliwości, poprosiłem, aby mi opowiedział o dyskrecjonalnych okolicznościach powstania „Gazety Wyborczej”, których był naocznym świadkiem. Pamiętam, że trochę bałem się podsłuchów, więc namówiłem go, abyśmy nie nagrywali w jego gabinecie, i zeszliśmy bodaj piętro niżej, gdzie LK poprosił jakiegoś dyrektora, aby użyczył nam swego pokoju, i przez dobre pół godziny rejestrowałem tę rozmowę. Kasetę-pamiątkę mam do dziś, ale po rewizjach w domu gen. gen. Kiszczaka i Jaruzelskiego schowałem ją głęboko i prędzej skonam, niż ją udostępnię IPN-owi czy innej ABW.