www.remuszko.pl Przesyłka

Przesyłka

Warszawa, 13 czerwca 2006

Od grudnia 2001 roku, kiedy to w Aninie założyli mi trzy bajpasy, często zastanawiałem się, kto umrze pierwszy: papież, pan Lem, Mama, suka czy ja. Pierwsza odeszła Mama, w kwietniu 2003, potem wiosną zeszłego roku Jan Paweł II, tej wiosny zmarł pan Lem, a zamrożoną sukę mamy jutro pochować w okolicach Nidzicy. Dziś jest wtorek 13 czerwca 2006, a ograniczenia są takie: jest kwadrans po piątej i przed jutrzejszym wyjazdem (koło południa) trzeba jeszcze: zrobić zakupy (Agnieszka właśnie w tym celu wychodzi z domu); poskarżyć się prokuraturze krajowej na bezczynność prokuratury apelacyjnej; udusić cielęcinę oraz bitki; dokończyć przygotowywanie pytań do wywiadu z generałem Kiszczakiem; a chciałoby się jeszcze obejrzeć o 18.00 mecz Żabojadów ze Szwajcarami oraz o 21.00 Brazylię z Chorwacją; właśnie zaczęły się mistrzostwa świata w nogę, jutro jak amen w pacierzu przerżniemy z Niemcami i będzie żałoba narodowa. No i nie ma siły, żeby to wszystko pogodzić, bo przecież trudno oglądać telewizję, i pisać, i osmażać cielęcinę, i odpowiadać na liczne mejle (prowadzę akcję wsparcia księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego), a jeszcze trzeba zastanowić się, co zabrać, i znaleźć to coś, i spakować, a jeszcze w pralce dochodzi pranie, które trzeba powiesić żeby na jutro wyschło, ale z tym, nie będzie kłopotu, bo już teraz jest upał, a ma być przez cały tydzień Upał Roku, takie minimum 30 stopni, i Bogu dzięki, że jedziemy nad wodę, bo by człowiek z gorąca skonał jak pies, a raczej Pies, tylko że on niewiadomonaco i dlatego taki musik, że jutro musi być pochowany, bo inaczej się zaśmierdnie. A skoro jest okazja, by w głębi puszczy kopać metrowy dół, to przyszło mi do głowy (na moje nieszczęście, już mogłoby przestać mi przychodzić w tym wieku), aby w psich nogach ułożyć Przesyłkę W Przyszłość, i to dopiero kłopot, bo napisać serio list do praprawnuków to, widzę, zajęcie bardzo-bardzo pracochłonne, a też i co materialnego włożyć do takiej Extraordynaryjnej Poczty? Tym bardziej, że nie mam gwarancji, iż odkopie to ktoś z Rodziny za 100 lat, lecz może ktoś zupełnie obcy za lat tysiąc, albo - co też prawdopodobne - nigdy nikt? O Jezu, cielęcina się przypala...

Przed chwilą dzwonił Maciek, że właśnie wygrał coroczny uczelniany Bieg Leśnika, no i zrobiło się po szóstej, Agnieszka wróciła z zakupami, a ja wybór mam żaden, bo ten list do potomków napisać muszę, więc nawet sam generał może jeden dzień poczekać, skoro pogrzebu w Upał odłożyć się nie da.

Do słoja dołączę to, co mam pod ręką: 1. zdjęcia wyciągnięte ad hoc z rodzinnego albumu; 2. injektor insulinowy pełny (insulina Actrapid NovoLet duńskiej firmy Nordisk); 3. monetę euro jednocentową; 4. przybłąkaną „złotą” monetę o wartości nominalnej 2 zł (puszka marnego piwa), ale to jakiś egzemplarz chyba kolekcjonerski, z Orłem i Pogonią, oraz napisem Województwo Podlaskie, a na rancie NBP i do góry nogami NBP 5. także broszkę, chyba prawdziwie złotą, z kameą (?), po cioci Wandzie Szupenko, co się urodziła w Mińsku Litewskim w pierwszym dniu XX wieku i za odziedziczone po niej 200 dolarów kupiliśmy sobie wiosną 1986 (po trzech miesiącach stania w kolejce) nasz pierwszy kolorowy telewizor; 6. Setę najlepszej polskiej wódki, id est Krupniku; 7. Poniekąd a propos Trojankę Litewską w suchych ziołach, na nalewkę, przepis dołączam; 8. medalik patriotyczny z Matką Boską Częstochowską, też z Orłem i Pogonią, ale II obieg z lat stanu wojennego; 9. czekoladowy wafelek bardzo smaczny „Prince Polo”; 10. wymienione przed chwilą (w zabieranych na Mazury latarkach) dwie trochę używane baterie-paluszki, czyli R-6, sławnej firmy Energizer oraz Kodak, ważne do 2011 i 2012 roku (!); 11. medal dwuczęściowy trumienny Tadeusza Przypkowskiego z Jędrzejowa (ojca Agnieszki) 12. zapalniczkę gazową specjalnie w tym celu dziś kupioną za 1,5 zł; aha, jeszcze 13. igiełka do insulinowego aplikatora, no i 14. płyta DVD z filmem-półkownikiem Grzegorza Brauna, co mi ją Tomek Strzyżewski kilka dni temu przysłał ze Sztokholmu, ale obejrzeć nie zdążyłem i już nie zdążę, bo spomiędzy psich nóg nikt tego nie wyciągnie przez najbliższe sto lat.

Nie wiedzieć jak zrobiło się nazajutrz, parę minut po dziesiątej rano, więc jeszcze się przedstawię: to ja leżę koło psa (nie w grobie, tylko na zdjęciu), nazywam się Stanisław Remuszko, mam 58 lat i wspaniałą żonę Agnieszkę (rocznik 1952), takoż córkę Annę Małgorzatę (rocznik 1979, po zarządzaniu na Uniwersytecie Warszawskim) zamężną z Damianem Gajdą (rocznik? trochę starszy, po informatyce na Politechnice Warszawskiej), oraz syna Macieja Stanisława (rocznik 1980, po leśnictwie w sławnej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego). Gdzie mogę, zostawiam w Przesyłce wizytówki, ale na co komu moje namiary, gdy nadawca dawno już zmienił się w proch?

Tak naprawdę, to zrozumienie tego, co tu jest napisane, będzie zależeć od czasu, który upłynie do momentu znalezienia tej Przesyłki. 1500 lat temu ludzie (no, kmiecie) żyli mniej więcej tak samo jak 1000 lat temu i 500 lat temu, ale w ciągu ostatnich stu lat zmieniło się w naszej cywilizacji więcej niż przez poprzednie kilka tysięcy lat, więc - jeśliby to niezwykłe tempo rozwoju technologicznego, za którym już w ogóle nie nadąża rozwój społeczny (kulturowy, ideowy, moralny) się utrzymywało, to za lat sto czy dwieście chyba już tylko jacyś wyspecjalizowani historycy to zrozumieją (choć nie jest po chińsku...); za pięćset lat - bardzo wątpliwe; a za lat tysiąc niemal na pewno nie. Prawdę powiedziawszy, nie jest dla mnie jasne, czy za tysiąc lat ludzkość w dzisiejszym kształcie będzie istnieć; marzę, by poszła w kierunku opisanym przez pana Lema w jego genialnym „Golemie XIV”, to jest aby człowiek przesiadł się z białka w metal i raz na zawsze stał się nieśmiertelny, i choć można rzec, że cóż mi po takim dokonaniu za tysiąc czy dwa tysiące lat, skoro sam szczeznę za lat najwyżej kilka(naście) - to ja odpowiem, że dużo mi, bo mam piękne marzenia i trochę wiary, a to dla rozumnego człeka bardzo ważne.

Suka przypatałętała się do nas trzynaście lat temu jako dwuletni (tak orzekł sam Wojciech Starzyński) brzydki kundel z siedmioma (okazało się) szczeniakami w brzuchu, i w życiu bym nie pomyślał, że przeżyjemy razem, dzień w dzień, dobre i czułe trzynaście lat, a 9 czerwca 2006 tak już kolejny dzień się męczyła, że sam ją położyłem na stole u weterynarza, i w kilka minut po zastrzyku straciła przytomność, ale wtedy uciekłem, niespodziewanie i niepowstrzymanie łkając i szlochając, i chyba o 10.44 Suka umarła, a ja ryczałem jeszcze przy byle okazji jak dziecko przez dwa, a może trzy następne dni, zresztą Agnieszka też.

Pewnie też popłaczemy się przy dzisiejszym pogrzebie. O Boże, muszę kończyć, bo za kwadrans jedenasta, a o jedenastej mam dzwonić do Maćka, który dosypia przed podróżą, i przed dwunastą zapakowani mamy wyjechać z domu i przy wyjeździe z Warszawy wstąpić po zimną sukę, a właściwie to, co po niej zostało: psie ciało, czyli doczesne ubranko. Ja jestem mocno wierzącym racjonalistycznym agnostykiem, ale bardzo bym chciał, żeby był dobry Bóg, który daje życie wieczne także dobrym psom.

Teraz wydrukuję to na dwóch drukarkach: atramentowej i laserowej. Ale papier jest zwykły (choć niezły). Zobaczymy, jak to przetrwa :-)

Odwiedzono 4202 razy