www.remuszko.pl Życie zaczyna się po bajpasach

Egzemplarz (p)okazowy

Życie zaczyna się po bajpasach

Piszę te słowa w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, po powrocie z dwugodzinnej rowerowej wycieczki, w trakcie której przejechałem ciut ponad trzydzieści kilometrów na trasie Ursynów – Piaseczno - Konstancin (dom prof. Ceremużyńskiego na Batorego 37) – Powsin – Ursynów. Wycieczkę mogłem odbyć wskutek koniunkcji dwóch czynników: niezwykłej pogody (plus pięć stopni, brak śniegu) oraz niezwykłych umiejętności pewnego człowieka, który równo dwa lata temu wszył mi trzy wieńcowe pomosty. Swoim zagranicznym gościom od pewnego czasu wykładam patriotycznie: jak zegarek – to od Patka, jak czekolada – to od Wedla, a jak bajpasy – to tylko od Juraszyńskiego.

Jako wyjątkowy sercowy egzemplarz (2 zawały, 1 udar, 9 koronarografii, 4 angioplastyki, 1 CABG), cieszę się zasłużonym szacunkiem wybitnych kardiologów i jestem przez nich pokazywany (palcem) na kongresach. Niektórzy mówią wprawdzie: „To cud, że pan jeszcze żyje!”, ale to nie cud, lecz oszałamiające postępy medycyny ostatnich lat, fenomenalne zdolności anińskich specjalistów oraz – last but not least – moja wyjątkowa osobista ruchliwość (o czym zaraz). Gdybym jeszcze schudł i stosował odpowiednią dietę, mógłbym zapewne doczekać kolejnej rewolucji diagnostyczno-terapeutycznej.

fotografia: zawałowiec na Starorobociańskim Wierchu (2176 m), najwyższym szczycie Tatr
Zachodnich. 17 września 2003, godzina 14.00. Od schroniska na Polanie Chochołowskiej,
przez Dolinę Jarząbczą, Trzydniowiański i Kończystą (1024 m podejścia).

[Starorobociański Wierch (2176 m), najwyższy szczyt Tatr Zachodnich. 17 września 2003, godzina 14.00. Od schroniska na Polanie Chochołowskiej, przez Dolinę Jarząbczą, Trzydniowiański i Kończystą (1024 m podejścia)]

Jeszcze kilkanaście lat temu wielki Favarolo zalecał krążenie pozaustrojowe jako warunek konieczny dla osiągnięcia właściwej „precyzji ściegu”, a dziś mistrz Juraszyński wykonuje 100% bajpasowych operacji off pump i z biegłością rewolwerowca strzela ze staplera (najnowszy nabytek w 2001 roku wypróbował na mnie). Jeszcze niedawno terapia genowa była jedynie pomysłem, a dziś o eksperymentalnej angio- i arteriogenezie najpoważniej – choć przeglądowo - piszą w kwietniowej „Kardiologii Polskiej” Adam Witkowski i profesor Witold Rużyłło, obszerne doniesienie zaś młodego dranmeda Piotra Kołsuta (i in.) o wczesnych wynikach własnych (polskich!) badań na plazmidem VEGF prestiżowo otwiera numer listopadowy. Co przyniesie jutro? Dum spiro, spero.

fotografia: pomiary ciśnienia na Krupówkach

[Pomiary na Krupówkach]

Lecz obiecałem o ruchliwości. Otóż przypadek Remuszki świadczy dobitnie, iż mocno otyły (+ 25 kg) facet po przejściach i po pięćdziesiątce może jeszcze wszystko, a w każdym razie wiele. Proszę posłuchać: w Boże Ciało bieżącego roku wraz piękną i mądrą żoną przejechałem w ciągu 10 godzin zwykłym składakiem po leśnych i wiejskich mazurskich duktach równe 100,5 kilometra, a wieczorem jeszcze trzeba było podskoczyć 1,5 km do sklepu po wódkę. We wrześniu wybraliśmy się na tydzień w Tatry (ja pierwszy raz od trzynastu lat) i zrobiliśmy w czasie przewodnikowym pięć wycieczek: w sumie 72 km, 33 godziny marszu netto, razem 4600 m podejść (i drugie tyle zejść, bo trudno nocować na Kazalnicy, gdy ma się przytulny pokój w Morskim Oku). Nie wiem, jak tam z Amerykanami czy innymi Szwedami, ale nieskromnie myślę, że na takie wyczyny stać może dziesięć procent przeciętnych zdrowych polskich pięćdziesięciopięciolatków bez nadwagi.

fotografia: 100km na liczniku rowerowym, a jeszcze do sklepu 1,5 km

[...a jeszcze do sklepu 1,5 km...]

Ale czy wyczyn to właściwe słowo? Przecież – z definicji – wyczyn to jakaś okrutna mordęga, to wbijanie zębów w ścianę*, podczas gdy nasze mazurskie i tatrzańskie wyrypy ani razu nie wymagały ode mnie żadnego nadzwyczajnego wysiłku, co wiem z dwóch źródeł: od organizmu (świetnie się znamy) oraz ze wskazań przyrządów, które często wyjmowałem z plecaka. Ciśnienie w trakcie rowerowych i pieszych wycieczek, celowo mierzone „w szczycie” (po maksimum jednominutowym odpoczynku), nigdy nie przekraczało 160/100, tętno zaś 90. Po pięciu minutach regularnie robiło się z tego 120/70 – 130/80, a puls spadał do 70-80. O cukrze nawet szkoda gadać, skoro glukometr po porannych 130-140 cały dzień pokazywał 60-90. Człek jadł ile i co chciał, a po powrocie do Warszawy okazało się, że każdemu z nas przez ów tydzień ubyły dwa kilogramy wagi bitej ciepłej. Żyć nie umierać!

fotografia: chory z bandziochem na tle lodowczyka firnowego w Tatrach

[W tle, u podnóża ściany, jedyny w Tatrach lodowczyk firnowy. Bywalcy wiedzą, gdzie to jest]

Skąd tak znakomita – przyznają Państwo – forma? O talentach dra Juraszyńskiego (a też i całego Zespołu, rzecz jasna, by wspomnieć tylko anestezjologów z anielską Marią Kowalewską!) mówiłem na samym początku, więc jeszcze o ruchu jako istnym panaceum. Cztery miesiące po bajpasach – wiosną 2002 - zacząłem jeździć na rowerze po swych ursynowskich włościach, z początku powoli i krótko, ale w miarę wzrostu sprawności coraz intensywniej. Już jesienią tegoż roku z naturalnego rozpędu pokonywałem kilkusetmetrowe podjazdy, mimo iż niedawno przechodziłem je na piechotę (sapiąc i pchając rower). Pół roku później – wiosną 2003 – z prawdziwą przyjemnością kręciłem pedałami już niemal dzień w dzień, przebywając w ciągu godziny prawie 20 kilometrów, a od czasu do czasu wybierałem się tego samego dnia nawet na drugie takie kółko. Latem przepłynąłem w poprzek jezioro Omulew (bardziej niż spacerowo, 500 metrów w 20 minut, ale trochę się bałem, choć Agnieszka towarzyszyła mi na łódce), a także non-stop przemaszerowałem w okolicy 52 km w niespełna 11 godzin. Teraz, w styczniu 2004, znów tęsknię za życzliwszą pogodą – niekoniecznie za słońcem, lecz po prostu za dodatnimi temperaturami, bo po lodzie i śniegu dość kiepsko się jeździ i truchta...

fotografia: fotomontaż z plakatem filmowym z napisem Czas Religi

Na koniec dwie kwestie. W lipcu 2002 (osiem miesięcy po bajpasach) na próbie wysiłkowej doszedłem bez specjalnego wytężenia do 200 watów, ale miła pani Krystyna Batkowska nie chciała przystać na dłużej niż jedną minutę na tym poziomie - mimo że osiągnąłem dopiero 85% dopuszczalnego ciśnienia i 73% dopuszczalnego tętna. „To co mam wpisać?” – pytała zdezorientowana, kiedy protestowałem przeciwko wpisywaniu „zmęczenia” jako powodu przerwania testu. „Prawdę, pani Krysiu, prawdę: że takie obowiązują standardy” – odparłem. Ale standardy są opracowywane na podstawie reakcji standardowych (uśrednionych, przeciętnych). Skoro moja sprawność nie jest standardowa, to może mógłbym na ergometrze przynajmniej osiągać te 100% standardowo dopuszczalnego maksimum?

„Czy zgodzi się pan na kontrolną koronarografię po operacji” – pytał doktor Juraszyński przed wzięciem mnie na stół. „Oczywiście tak!” – odpowiedziałem z przekonaniem i bez wahania. Ale potem nikt mnie nie chciał. Jeszcze później przeczytałem w „KP”, że profesor Śliwiński (teraz chyba emeritus) żali się na brak pacjentów po CABG gotowych przejść takie rutynowe badanie. „Może byście jednak mnie obejrzeli?” – ciągnąłem za rękaw anińskich przyjaciół. „Uważam, że jeśli się nic nie dzieje, to lepiej nie zaglądać” – odrzekł Marcin Demkow, zawtórowali mu Zbigniew Chmielak oraz Artur Dębski, i tak już zostało. Najwyraźniej merytoryczne opinie kardiochirurgów oraz kardiologów interwencyjnych na ten temat są rozbieżne. To jak ze mną będzie?

Czas leci, dziś już Trzech Króli ‘2004, więc pozdrawiam P.T. Wszystkich bardzo serdecznie, z wielką wdzięcznością i głębokim respektem.

Stanisław Remuszko

* ”Poć się, ale nie wbijaj zębów w ścianę” – tak właśnie ujął to Marek Dąbrowski 19 lat temu, zalecając mi ćwiczenia fizyczne po pierwszym zawale.

Dalej ...

Odwiedzono 10550 razy