www.remuszko.pl Pendant

Pendant

(czyli “Góry ‘2004” - plan styczniowy)

1. Piątek 3 września (Warszawa - Góry Świętokrzyskie)
Warszawa – Kielce – Św. Katarzyna.

2. Sobota
Św. Katarzyna – Łysica – Łysogóry – Św. Krzyż - Słupia Nowa – Św. Katarzyna.

3. Niedziela
Św. Katarzyna – Kielce – Chęciny – Zelejowa – Czerwona Góra – Jaskinia Raj – Kielce – Św. Katarzyna.

4. Poniedziałek (Góry Świętokrzyskie - Beskidy)
Św. Katarzyna – Kielce – Nowy Targ – Krościenko.

5. Wtorek
Krościenko - Jaworki – Homole – Wysoka - Durbaszka - Szafranówka - Szczawnica – Krościenko.

6. Środa
Krościenko – Marszałek – Lubań – Przełęcz Knurowska – Krościenko.

7. Czwartek
Krościenko – Przełęcz Knurowska – Turbacz – Nowy Targ – Krościenko.

8. Piątek
Krościenko – Dzwonkówka - Przehyba – Radziejowa – Jaworki – Krościenko.

9. Sobota (Beskidy - Tatry Zachodnie)
Krościenko – Nowy Targ – Zakopane – Polana Siwa w Dolinie Chochołowskiej – Polana Huciska - Schronisko na Polanie Chochołowskiej.

10. Niedziela
Schronisko – Grześ – Rakoń – Wołowiec – Jarząbczy – Kończysta – Trzydniowiański – Dolina Jarząbcza – schronisko.

11. Poniedziałek
Schronisko – Huciska – Siwa – Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Ścieżka nad Reglami – Dolina Chochołowska – schronisko.

12. Wtorek
Schronisko – Huciska – Siwa – Zakopane – Kuźnice – Kasprowy – Czerwone Wierchy – Dolina Tomanowa – Hala Ornak – Kiry – Dolina Chochołowska - Siwa – Huciska – schronisko.

13. Środa
Schronisko – Dolina Starorobociańska – Siwa Przełęcz – Starorobociański Wierch – Kończysty – Trzydniowiański – Polana Trzydniówka – Dolina Chochołowska – schronisko.

14. Czwartek (Tatry Zachodnie - Tatry Wysokie)
Schronisko – Huciska - Siwa – Zakopane – Palenica – Włosienica – schronisko nad Morskim Okiem.

15. Piątek
Moko – Szpiglasowa – Szpiglasowy – Szpiglasowa – Dolina Pięciu Stawów – Świstówka – Opalone – Moko

16. Sobota
Moko – Czarny Staw – Bańdzioch – Kazalnica – PodChłopek – ispowrotem

17. Niedziela 19 września (Tatry - Warszawa)
Moko – Włosienica – Palenica – Zakopane – Warszawa.

A jak było w rzeczywistości?

17 maja 2004 trafił mnie trzeci zawał serca. W trybie alarmowym zrobiono mi w Aninie koronarografię i spędziłem w szpitalu kilka dni.

Ad 3. Nie udało się zwiedzić jaskini Raj.

Ad 6. Z Lubania zeszliśmy zielonym przez Kudowe do Ochotnicy Dolnej (na Lubaniu uznaliśmy, że marsz na Knurowską, to zdecydowanie za daleko...)

Ad 7. Strasznie nie chciało mi się iść na tę wycieczkę, więc zostałem w Krościenku, ale Agnieszka z Maćkiem podjechali przez Nowy Targ do Obidowej, stamtąd przeszli przez Stare Wierchy na Turbacz i spuścili się do szosy przez Kiczorę – w sumie jakieś 600 m podejść, 800 m zejść i 18 km drogi.

Ad 8. Z Przehyby zeszliśmy do Szczawnicy niebieskim, bo zaczęło się robić nieciekawie (albo szliśmy za wolno, albo wyszliśmy za późno, albo po drodze odpoczywalismy za długo, albo wszystkie powody naraz). W każdym razie na Przehybie sił jeszcze mieliśmy dość, ale zegar nieubłaganie wskazywał, że do Jaworek dotarlibyśmy najwcześniej koło dziewiątej wieczór, czyli dwie godziny po zachodzie słońca (może nawet później) – a jak stamtąd dostać się o tej porze do Krościenka?

Ad 11. Po tej wyrypie byłem tak zmęczony, że postanowiłem dzień odpocząć w schronisku, ale Agnieszka jak ptaszę poskakała do Zakopanego po zakupy.

fotografia: Mierzenie ciśnienia krwi podczas popasu pod Chudą Turnią. Widok na Giewont.

Wtorek 14 września 2004, godzina 16.00. Zejście z Ciemniaka. Popas pod Chudą Turnią. W tle zerwy Koziego Grzbietu, na horyzoncie Giewont (wskazuję)

Ad 12. Zamiast przez Tomanową do schroniska na Hali Ornak, zeszliśmy z Ciemniaka prosto do Kir, załapując się na dosłownie ostatni tego dnia busik do Chochołowskiej (Siwa Polana), a stamtąd na ostatnią kolejkę do Hucisk (nieoceniony pan Tomasz Piczura). Powody identyczne jak w punkcie 8 (choć miejscówki na Kasprowy i tak mieliśmy dość wczesne: na 8.50).

Ad 13. Okropnie nie chciało się nam tego dnia iść w góry, ale obudziliśmy się bladym świtem i może nawet byśmy się zebrali – gdyby nie to, że lało równo. [Ciekawe: potem dowiedzieliśmy się od pana Macieja Pawlikowskiego, że w Zakopanem tego ranka wcale nie padało]. Na Chochołowskiej deszcz lał z dużymi przerwami, i nawet wczesnym popołudniem już-już przymierzaliśmy się do małej przechadzki na Bobrowiec (żeby się nie zastać), ale wtedy dopiero lunęło! Siedzieliśmy do końca pod dachem.

Ad 16. Zaraz za Czarnym Stawem Agnieszka zaczęła strasznie czegoś się bać (przestrzeni? stromizny? krajobrazowej dzikości? nic nie rozumiem) i doszliśmy tylko do tego żlebiku pod Bańdziochem, gdzie się rozpłakała i dygotała, więc zszedłem z nią do Moka. Szkoda, bo byłem w znakomitej formie. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę miał szansę wejść na PodChłopka. W każdym razie z Agnieszką tam na pewno nie pójdę. Liczę na Maćka.

* * *

fotografia: Kończysta nad Jarząbczą

Kończysta nad Jarząbczą, niedziela 12 września 2004, godzina 15.22: nad Ornakiem rozpięła się podwójna (!) tęcza.

Wrażeń mnóstwo. W Łysogórach wiedzieliśmy (i czuliśmy; nosy odpadały) setki chuchnących padliną bardzo bezwstydnych sromotników. Na Wysokiej opadły nas chmary latających mrówek. Przy zejściu z Lubania spotkaliśmy panią Stefanię Faron, z którą poprzedni raz rozmawialiśmy przed dwudziestu siedmiu laty. Między Przehybą a Szczawnicą Agnieszka znalazła lornetkę. Pod wierzchołkiem Jarząbczego zza kamienia wylazło coś jakby wielka mysz, a zaraz potem nad Ornakiem rozpięła się podwójna (!) tęcza. Jeden z dwudziestu gości nocujących w Chochołowskim schronisku ukradł moją komórkę z ładowarką (o tempora, o mores...). Na Szpiglasowej dogoniła nas siedemdziesięciotrzyletnia pani Teresa Biedrzycka z Góry Kalwarii, i zrobiliśmy jej zdjęcie. Spod Maszynki Do Mięsa helikopter na naszych oczach zdjął taternika ze złamaną miednicą (będzie żył). Lody Afrykańskie w “Cocktail-Barze” niestety już całkiem nie te. Przy schodzeniu z bagażami na Włosienicę mruczałem, że teraz gór mam dość na parę lat, ale w pociągu do Warszawy złapałem się na układaniu wycieczkowych planów na przyszły rok. I od razu nasunęło się rymowane pytanie:

Co to za siła, co za hyr
Wyrywa z mazowieckich wyr
I pędzi hen, ku Osobitej
Sto kilo wagi ciepłej bitej?

fotografia: Szpiglasowa
pocztówka

* * *

W sumie, podczas dziewięciu wycieczek (z tuzina zaplanowanych), przeszliśmy wspólnie 123 km z 6400 metrami podejść i 7300 metrami zejść.

Aha, zapomniałbym. Jako rencista dysponujący codziennie wolnym czasem, między kwietniem a listopadem 2004 przejechałem na swoim składaku (sześcioletni “Jubilat-2”), głównie w okolicach warszawskiego Ursynowa, w sumie nieco ponad 3100 km. Agnieszka ma na liczniku połowę tego - no, ale (jak mówi) ktoś w tym małżeństwie musi zarabiać na życie...

* * *

Czytelnikom chorym na serce uprzejmie wyjaśniam, że mojego turystycznego przypadku nie należy medycznie uogólniać. To, co robię, robię dla przyjemności i dla zdrowia - wyłącznie z własnej woli i na własne ryzyko.

Jeśli jednak ktoś pyta, jak to FIZYCZNIE możliwe, by po trzech zawałach oraz po bajpasach jeszcze w ogóle włóczyć się po górach, maszerować po polach i lasach albo uprawiać wielogodzinną rowerową jazdę, to prywatnie odpowiem, iż Ktoś Na Górze wyraźnie mi sprzyja, ponieważ mój mięsień sercowy został uszkodzony tylko w niewielkim stopniu (to rzadkość po takich przejściach, przeważnie bywa inaczej).

Pragnę też zapewnić zainteresowanych, zwłaszcza druhów-kardiologów, że wysilam się ROZSĄDNIE i Z UMIAREM. To dość proste. Wystarczy pilnować, by tętno “w szczycie” (na jakimś dłuższym ostrym podejściu albo podjeździe) nie przekraczało bezpiecznych 200% wartości spoczynkowej, a także “nie szczytować” (!) dłużej niż małe kilka minut. Z drugiej strony trzeba ruszać się niemal codziennie oraz dbać, aby jednorazowa porcja wysiłku raczej nie trwała krócej niż godzinę.

Na koniec: wiem, co mi jest i co mi grozi. Mam zaawansowaną miażdżycę tętnic wieńcowych, cukrzycę, zespół metaboliczny i jeszcze parę innych schorzeń, które w ciągu kilku najbliższych lat niechybnie wyeksmitują mnie do tego lepszego świata. Jestem wszelako absolutnie pewien, że - gdyby nie moja ruchliwość - dawno byłoby już po tej przeprowadzce.

Stanisław Remuszko

P.S. Mój prywatny adres dla sercowców i turystów, którzy chcieliby o coś spytać lub przekazać jakieś uwagi: lub telefon domowy (22) 641-71-90. Z serca zapraszam.

Odwiedzono 9815 razy