www.remuszko.pl Szeremietiew

Dług honorowy

Podobna sytuacja wydarzyła się już raz, we Francji, sto jedenaście lat temu, kiedy to kapitan sztabu generalnego Alfred Dreyfus w wyniku fałszywych oskarżeń spreparowanych przez służby specjalne został osądzony i skazany. W Polsce, pięć lat temu, wiceminister obrony Romuald Szeremietiew w wyniku wspólnej akcji służb specjalnych i mediów został zdymisjonowany i oskarżony, a teraz rozpoczął się jego sądowy proces. We Francji prawda wyszła na jaw dopiero po dwunastu latach, kiedy to Dreyfusa ostatecznie oczyszczono i zrehabilitowano. Jak długo będzie wychodziła na jaw prawda o Szeremietiewie?

Przypomnijmy elementarne fakty. W lipcu 2001 roku w dzienniku „Rzeczpospolita” ukazał się artykuł pióra Bertolda Kittla i Anny Marszałek pt. „Kasjer z ministerstwa obrony”, stawiający Romualdowi Szeremietiewowi szereg zarzutów, które dyskwalifikowały go jako człowieka i jako osobę publiczną. Te i następne doniesienia natychmiast zostały nagłośnione przez bodaj wszystkie ogólnokrajowe gazety, radia i telewizje, wskutek czego premier zawiesił oskarżonego wiceministra, prokurator wszczął śledztwo, a fiskus wziął małżeństwo Szeremietiewów pod rentgen i mikroskop. W ciągu następnych tygodni i miesięcy rzekomą aferę wałkowano na wszelkie możliwe sposoby.

Romuald Szeremietiew od początku wskazywał na fałszywość oskarżeń. Udowadniał czarno na białym, że nie zgadzają się podane w „Rzeczpospolitej” fakty, daty i liczby, że przywoływani świadkowie w rzeczywistości nie istnieją, że kluczowe zdarzenia miały inny przebieg, że twierdzenia autorów artykułu są wzajemnie sprzeczne. Ale te argumenty nigdy nie przebiły się do opinii publicznej. Media wydały na Szeremietiewa zbiorowy wyrok, a redaktor Marszałek w nagrodę za swe dokonania została ogłoszona „Dziennikarką Roku”.

Po latach okazuje się, że zarzuty „Rzeczpospolitej” były co do jednego wyssane z palca. Szeremietiew nie brał ani nie dawał łapówek, nie zdradzał tajemnic, nie ustawiał przetargów, nie wydawał więcej niż zarabiał, fundusze na kampanie Wałęsy i AWS zbierał legalnie, a nadto nie kręcił, nie kłamał i nie oszukiwał. Akt oskarżenia rodził się w męczarniach przez trzy lata i zmieniał się jak w kalejdoskopie, podobnie zresztą jak prowadzący tę sprawę prokuratorzy. Z jednych pierwotnych wątków prokuratura sama wycofała, inne umorzyła z braku jakichkolwiek dowodów, jeszcze inne upadają przed sądem. Urząd Skarbowy prawomocnie orzekł, że państwo Szeremietiewowie są majątkowo i podatkowo czyści jak łza. Ale tych wiadomości próżno by szukać w mediach, które przedtem odsądziły Romualda Szeremietiewa od czci i wiary.

Obserwatorzy od dawna nie wątpią, że za tamtą serią artykułów w „Rzeczpospolitej” stały potężne siły i interesy, zresztą nie tylko polskie. Wiceminister Szeremietiew, odpowiadając w MON za największe w historii naszej armii zakupy uzbrojenia, przygotowywał i forsował koncepcje zasadniczo inne niż te, które po jego zdymisjonowaniu zostały zrealizowane. W grę wchodziły kontrakty (m.in. na samolot wielozadaniowy, rakietę przeciwpancerną i kołowy transporter) warte kilka miliardów dolarów. Aby te pieniądze wydać na sprzęt „właściwy”, trzeba było nie tylko odsunąć Szeremietiewa od przetargów, lecz przede wszystkim podważyć jego fachowość i odebrać mu wiarygodność – tak, by jako oczywisty przestępca nie mógł zabierać głosu, alarmować opinii publicznej, dobijać się prawdy. To zadanie zostało wykonane na piątkę z plusem.

*    *    *

Jak wiadomo, spiskowa teoria dziejów głosi fałsz z jednego przynajmniej powodu: tego nie da się zrobić. Wielu by nawet chciało, i w starożytności pewnie było to nawet możliwe, ale od dawna już nie jest, ze względu na złożoność społeczeństwa oraz stopień komplikacji hipotetycznego nim sterowania. Jednak w skali lokalnej i regionalnej - poczynając od bloku mieszkalnego czy zakładu pracy, poprzez miasto czy gminę, a kończąc na suwerennym państwie - rozmaite spiski, podchody i knucia są wciąż częstą metodą „walki o byt”. Wciąż jedni w cichym porozumieniu z drugimi starają się wygryźć tych trzecich po to, by opanować jakąś niszę gospodarczą, polityczną, albo ideową, zagwarantować sobie w danej dziedzinie jak największy wpływ na rzeczywistość i jak największe profity.

W III Rzeczpospolitej działaniom takim sprzyja wysoki stopień oligarchizacji państwa. Oligarchia, podług słownikowej definicji, to rządy stosunkowo niewielkiej grupy ludzi połączonych wspólną cechą lub interesem. W dzisiejszej potocznej polszczyźnie powiedzielibyśmy, że chodzi po prostu o osławioną GTW, czyli o grupę (lub grupy) ludzi trzymających władzę, działających dyskretnie i skutecznie, z pozornym zachowaniem reguł demokracji. Jednak ostatnie lata wyraziście pokazały, co jest głównym składnikiem współczesnego systemu oligarchicznego: niepisany kartel większości środków masowego przekazu. Parafrazując arcytrafne określenie Ryszarda Bugaja, dramat dla demokracji zaczyna się nie wtedy, gdy jedne media jakąś sprawę nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz wtedy, gdy zdecydowana większość mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza.

Na naszych oczach demokrację monteskiuszowską (parlament, rząd sądownictwo) coraz bardziej zastępuje oligarchia medialna – czyli ustrój oparty na niejawnych i nieformalnych układach biznesowo-politycznych, w którym ważni redaktorzy są ważniejsi od posłów, ważni nadredaktorzy od ministrów, a właściciele i dysponenci czołowych pism i anten od prezydenta, premiera i prymasa razem wziętych. Czołowe media (choć z wyjątkami) coraz częściej i coraz bardziej demonstracyjnie zachowują się w sposób urągający starej dziennikarskiej deontologii. Oto ich grzechy główne: gangstersko-mafijne metody działania („anonimowi informatorzy”, „tajemnica dziennikarska”, „dziennikarskie śledztwa”, oczywiste przypadki współpracy ze służbami specjalnymi), cuchnące i bezkarne personalne nagonki prasowe, niedrukowanie sprostowań, stałe gwałcenie zasady audiatur et altera pars, wydarzenia i tematy tabu, itp., itd. Innymi słowy, zamiast pełnić rolę informacyjno-kontrolną, środki masowego przekazu biorą bezpośredni udział w sprawowaniu realnej władzy. Ale to władza dla demokratycznego państwa szczególnie groźna, ponieważ nie pochodzi z wyboru, praktycznie za nic nie ponosi odpowiedzialności, a niemal wszyscy politycy boją się jej jak diabeł święconej wody.

*    *    *

Jestem głęboko przekonany, że IV Rzeczpospolitej nie uda się zbudować bez ograniczenia władzy mediów. Jak to zrobić, aby nie ograniczyć wolności słowa, która jest fundamentalnym gwarantem wszystkich innych wolności? Sądzę, że trzeba zrobić trzy rzeczy:

Po pierwsze, trzeba wreszcie zlustrować dziennikarzy. Nie przypadkiem ta kluczowa grupa zawodowa wciąż pozostaje – mimo wielu środowiskowych apeli i legislacyjnych przymiarek - poza zasięgiem ustawy. Najnowsze poselskie projekty przewidują rozszerzenie lustracji również na radnych, oficerów wojska i policji oraz radców prawnych (w sumie ponad 100 000 osób). Proszę bardzo. Uważam jednak, iż wszyscy oni razem wzięci nie mają na społeczeństwo takiego wpływu jak kilkusetosobowa, może nawet tylko kilkudziesięcioosobowa grupa dziennikarzy (oraz kierownictwo) najważniejszych mediów.

Po drugie, trzeba tak zmienić prawo, aby osoby skrzywdzone wskutek dziennikarskiej nierzetelności mogły w rozsądnym czasie wyprocesować od redakcji milionowe odszkodowanie - również wówczas, gdy oznaczałoby to bankructwo wydawcy (w przypadku recydywy). Tak jest w Ameryce, światowej ojczyźnie ludzkich i obywatelskich praw i swobód.

Po trzecie, trzeba przywrócić kontrolę nad służbami specjalnymi – zwłaszcza wykluczyć możliwość samodzielnego uprawiania przez nie polityki. Musi to być sprawa niezwykłej wprost wagi, niemal racja stanu, skoro rozbiła się o nią koalicja PiS i PO. Przypomnę, że pięć lat temu minister sprawiedliwości polecił wszcząć śledztwo w sprawie przecieków ze służb specjalnych do mediów. Niestety, gdy ośmielił się aresztować kapitana UOP, został natychmiast zdymisjonowany. Pewną pociechą jest to, że ów minister nazywał się Lech Kaczyński.

*    *    *

Wyliczone trzy kroki trzeba uczynić szybko, w ciągu najbliższych paru miesięcy – przede wszystkim dlatego, że potem, jak uczy historia, zapewne to już się nie uda. Ale co można zrobić – od razu, natychmiast, teraz – dla Romualda Szeremietiewa?

W pierwszej kolejności należy odtajnić jego sądowy proces. Podług mojej najlepszej wiedzy nie ma tam absolutnie nic, co należałoby chronić sekretem ze względu na interes państwa. Odwrotnie: bezpodstawna tajność chroni interes rzeczywistych autorów całej tej rzekomej afery. Na sprokurowanie „sprawy Szeremietiewa” wydano, według szacunków, grube miliony złotych. Czas, by opinia publiczna poznała szczegóły i okoliczności tych wydatków oraz nazwy i nazwiska płatników.

Jeżeli sąd bez uzasadnienia oddali kolejny wniosek obrony o odtajnienie (do czego ma formalne prawo), wówczas tym bardziej powinno się zapewnić jakąś zewnętrzną bezstronną kontrolę nad tym bezprecedensowym procesem. Taką kontrolę mogłaby dać obecność na rozprawach na przykład delegata Rzecznika Praw Obywatelskich albo przedstawiciela niezłomnego Komitetu Helsińskiego czy obserwatora z ramienia zasłużonej antykorupcyjnej Transparency International. O prawo do monitorowania procesu mogłoby też wystąpić – w ramach swej szlachetnej statutowej misji - obywatelskie Stowarzyszenie Wolnego Słowa.

Wreszcie, gdy reformatorskie deklaracje nowego rządu o usprawnieniu wymiaru sprawiedliwości staną się ciałem, proces nie będzie ciągnął się w nieskończoność. Szeremietiew czekał trzy lata na akt oskarżenia, potem rok na pierwszą rozprawę, a teraz mają odbywać się tylko dwie rozprawy w miesiącu? Przy takim tempie i trybie pracy sądu resztki zarzutów pod adresem byłego wiceministra przedawnią się za trzy lata. Może komuś właśnie o to chodzi. Miejmy nadzieję, że nowy prokurator generalny skutecznie zapobiegnie takiej ewentualności.

*    *    *

Przestudiowałem rozmaite materiały, przeczytałem setki stronic, rozmawiałem z wieloma ludźmi; mam też sporo wiedzy i doświadczenia (ponad trzydzieści lat w dziennikarskim zawodzie). Na tej podstawie pragnę publicznie oświadczyć: Romuald Szeremietiew jest niewinny. Oczywiście zadecyduje o tym sprawiedliwy proces, ale ja uważam za swój obywatelski obowiązek powiedzieć to już teraz. Że wywieram nacisk na niezawisły trybunał? Skądże! Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu – głosi konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej.

Rzeczpospolita Polska, która dziś obchodzi Święto Niepodległości, jest coś dłużna Romualdowi Szeremietiewowi. To za nią siedział w więzieniu w latach 1981-1984 jako współzałożyciel KPN, to jej służył jako wiceszef MON w rządzie Jana Olszewskiego, to dla niej zrobił doktorat i habilitację (temat: kierowanie obronnością państwa i bezpieczeństwo narodowe), to z myślą o niej wziął się za modernizację armii po zwycięstwie AWS w 1997 roku. Patriotyzmu nie wybiła mu z głowy nawet „Rzeczpospolita”. Mówi o sobie, że jest żołnierzem. Trochę dokucza mu serce. Właśnie skończył 60 lat. [11.11.05]

Stanisław Remuszko

P.S. W każdej chwili jestem gotów do konkretnej szczegółowej polemiki z serią publikacji sprzed czterech lat – gdyby ktoś zechciał takiej polemice poświęcić czas i miejsce. W tym kontekście uprzejmie informuję P.T. Czytelników, że sam tylko “wiodący” materiał "Rzeczpospolitej" z 7-8 lipca 2001 liczył ponad dwadzieścia stron znormalizowanego maszynopisu i składał się z dziewięciu odrębnych tekstów ilustrowanych siedmioma zdjęciami. Potem wydrukowano dosłownie kilkadziesiąt artykułów, not i komentarzy rozmaitej objętości, “rozwijających i pogłębiających temat”. Eryści doskonale pojmują, że poważna merytoryczna dyskusja z takim materiałem musi zająć minimum kilkanaście stronic, i to poświęconych wyłącznie temu sporowi. Dlatego “Dług honorowy” zawiera – w tym zakresie - tylko syntetyczną konkluzję.

P.P.S. Próby opublikowania „Długu honorowego” w mediach okazały się bezskuteczne (zamieszczenia tego tekstu odmówiły następujące dzienniki: „Fakt”, „Gazeta Wyborcza”, „Nasz Dziennik”, „Nowy Dzień”, „Rzeczpospolita”, „Super Express”, „Trybuna” i „Życie Warszawy”, oraz tygodniki: „Angora”, „Gazeta Polska”, „Głos”, „Nasza Polska”, „Newsweek”, „Ozon”, „Polityka”, „Przegląd”, „Przekrój”, „Tygodnik Powszechny”, „Tygodnik Solidarność” i „Wprost”).

Niniejszy artykuł znajduje się na stronach 299-303 trzeciego wydania ('2006) książki “Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”. O tej książce też Państwo nic nie słyszeli? No właśnie...

Odwiedzono 2335 razy